Lilypie Fourth Birthday tickers
RSS
wtorek, 18 marca 2014
Dziewięciolatek

Przytkało mnie jakby z wpisami na blogu, a czas odmierzam datami urodzin Szarańczy.

Bo 16 marca Mat skończył 9 lat i przyjął to z właściwym dla swego wieku zblazowaniem. Obce są mu entuzjastyczne zachowania, jak u Miśki, która cieszy się nawet, gdy otworzy lodówkę. Nie, nie, szkolniakowi już tego nie robić nie wypada.

Podczas gdy Miśka została wklepana w system przedszkolny, Mat raźnym krokiem zbliża się ku komunii i... kolejnemu obozowi karate. O ile wcześniej wydawało mi się, że komunia to będzie szaleństwo (zwłaszcza rodziców), tak póki co, odpukać tfu tfu, na razie jest dość rzeczowo, rozsądnie i bez dociskania. Wszelkie odpały finansowe w postaci "dajmy więcej niż rok temu", są szybko gaszone przez większość. Ksiądz nie żyłuje i nie piłuje dzieci, jeżeli chodzi o znajomość modlitw, wyrozumiale podchodzi także do wszelkich nieobecności na spotkaniach. Oby tak dalej.

Sama impreza urodzinowa została przełożona na najbliższą niedzielę. Ostatnimi czasy jakoś ciężko jest zebrać wszystkich w jednym czasie i miejscu.

 

 

czwartek, 06 lutego 2014
Trzylatka

Wszystkiego dobrego Misiu - uściskałam Miśkę i ucałowałam w policzki - Dziś są twoje urodziny!

Zaraz będą prezenty!

Miśka się zamyśliła i zdziwiła, jak to, prezenty? To ona zawsze daje mi prezenty, jak ją najdzie szał prezentowania, to średnio co trzy minuty przez dwie, trzy godziny. Zazwyczaj wrzuca do torebki co jej się nawinie pod rękę - klocki, temperówkę, karty, samochodzik. Trzeba to wyjmować i za każdym razem być równie zdziwionym i przejętym.

A tutaj nagle to ona ma dostać prezenty?

Pewnie gdybym obejrzała tego Star Treka do końca, to nie były wcale 6 luty. Może 7, albo 12? Ale nie obejrzałam, oczy mi się kleiły, a na dodatek wtrząchnęłam na kolację paczkę kakaowych ciastek. I to przesądziło :)

poniedziałek, 09 grudnia 2013
Dzień czwarty pod wezwaniem cholernych włoskich wycieczek

Nie mam uprzedzeń narodowościowo-rasowych, i jak mniemam był to zupełny przypadek, że akurat tego dnia natykałyśmy się na ogromne i hałaśliwe i wcale nie zorganizowane grupy Włochów. Może mieli u siebie jakieś święto, nie wiem, ale towarzyszyły nam przez cały dzień i naprawdę skutecznie uprzykrzały wędrówkę.

Był to chyba jedyny dzień, w którym musiałyśmy wstać na budzik. Muzeum Historii Naturalnej otwierają o 10.00, a chciałyśmy być tam odpowiednio wcześniej, żeby uniknąć kolejek. Szybkie śniadanie na wynos i sru do metra.

Łazić po tym muzeum to można cały dzień i pewnie byłoby mało. Mnóstwo wystaw, eksponatów, różnorodności wszelakich. Przede wszystkim to chyba miejsce dla dzieci, fajne interaktywne rzeczy, komórka nerwowa pod mikroskopem, żyjątka w kuchni, naturalnej wielkości orki, delfiny, wieloryby. Generalnie OGROM wszystkiego, a nas czas gonił, bo miałyśmy przecież inne rzeczy zaplanowane. W sumie to przemknęłyśmy tylko przez jakieś 20% całości, a i tak zajęło nam to bite trzy godziny. Najwięcej ubawu miałyśmy zdecydowanie przy krzywych lustrach, co wracam do tych zdjęć, to ryczę i kwiczę ze śmiechu do łez ostatnich. A najbardziej zachwyciła mnie Sala Główna ze szkieletem dinozaura i ogromnym plastrem sekwoi z wypisanymi na niej datami różnych wydarzeń (Dzidu, wiedząc, jakie to może zrobić wrażenie, zasłoniła mi przed wejściem na Salę oczy, a gdy je odsłoniła, wyrwało mi się z gardło OOOOCH!).

Już w muzeum, bodaj na wystawie dinozaurów (a akurat tam to wąskie, ciemne korytarze, więc ruch jest mocno utrudniony, gdy jakaś melepeta postanowi zablokować swoim jestestwem większą część przejścia) trafiłyśmy na pierwsze włoskie wycieczki. One naprawdę rzucają się w oczy i uszy. Mówią głośno, paplają, rozłażą się. Na szczęście jakoś szybko je zgubiłyśmy, a że muzeum duże, to i nic nas już nie niepokoiło do końca zwiedzania.

Później ruszyłyśmy do Greenwich, nie bardzo wiedziałyśmy jak się dostać tam w miarę przyjemny i nietypowy sposób, bo można na przykład stateczkiem po rzece. Ale w końcu wybrałyśmy sposób najprostszy - kolejkę. Kolejka DLR przewiozła nas przez nieco mniej znane okolice Londynu, te bardziej mieszkalne i, nie lubię tego słowa, zwyczajne. Jednak, każde miejsce ma także swoją historię. Przez większą część podróży Dzidu konwersowała z miłym starszym panem, który był tak uprzejmy i poobjaśniał nam, że "w tym stawie się kąpał, a teraz nie ma o tym mowy, bo jest przystań dla jachtów, tutaj chodził do kościoła z rodzicami i że kiedyś tutaj nie było tych bloków i zabudowa była bardziej luźna". To była naprawdę przyjemna podróż.

Niestety żaden przewodnik nie uprzedził nas, że w Greenwich w samym obserwatorium są naprawdę ogromne kolejki i w momencie, gdy zwalą się na raz trzy szkolne wycieczki, czas oczekiwania na wejście wydłuża się do prawie trzech godzin. Trochę nam było szkoda tej wyprawy, ale rozsądek wziął górę, nie ma co czekać, byłyśmy, południk zero przekroczyłyśmy i to na pewno kilka razy. Odpoczęłyśmy, spojrzałyśmy na piękną panoramę Londynu i ruszyłyśmy powoli z powrotem.

W ogóle Greenwich średnio nas zachwyciło, jakieś takie ciasne było, tłoczne i tak jakoś, no.

W kolejce w drodze powrotnej trafiłyśmy na kolejną włoską wycieczkę. O jerum pajtasz! Obydwie z Dzidką wykręcałyśmy się na siódmy zagon. Pół godziny głośnego trajlowania o tym, na której stacji należy wysiąść. I TYLKO O TYM. Czy na Victoria Station? Mówisz że na Victoria? A może nie na Victoria? Ja sądzę że na Victoria? A ty jak sądzisz, na Victoria? Na Victoria? Może na Victoria? Nie na Victoria? Myślę, że na Victoria. I tak na okrągło, na okrągło, na okrągło. Jak te papugi na drzewie od samego świtu :|

W pośpiechu zwiewałyśmy od nich na stacji przesiadkowej, bo wysiedli tam gdzie my i chyba udało nam się nawet złapać wcześniejszy pociąg. Niestety, w drodze do hotelu, gdy udawałyśmy się na zasłużony odpoczynek, też trafiłyśmy na włoską wycieczkę, która rozlazła się po całej szerokości drogi i chodnika i niespiesznie kontemplowała widoki, w dupie mając przechodniów. Chyba nawet trochę niegrzecznie podeptałyśmy ich po palcach, bo usłyszałyśmy jakieś krzyki za sobą, żeby się uspokoić. Ale my byłyśmy spokojne jak toń jeziora, prawda Dzi? :) Tylko ząbki nam trochę zgrzytały.

Po odpoczynku w planach była już tylko Katedra Św. Pawła (z zewnątrz, bo gdy dotarłyśmy to była zamknięta) i zadanie godne prawdziwego detektywa, odnaleźć szpital, z którego skoczył Sherlock. Jasne, że miałyśmy adres, ale szpital jest ogrooooooomny i trzeba się było dobrze nachodzić, żeby odnaleźć to miejsce.

Katedra jest ładna (a jakże) i tak duża, że nie mieściła mi się w jeden kadr :) Przez przypadek oczywiście, włócząc się na zasadzie, a chodź zajrzymy tu, o, zobacz to tam interesująco wygląda, przeszłyśmy przez uroczą kładkę i znalazłyśmy się o rzut beretem od Teatru Szekspira. Przypadek zdecydowanie rządził, wcale tego nie szukałyśmy :) Przyjemnie było przysiąść na nabrzeżu, posłuchać muzyki. Niby było tłoczno, ale jakoś tak relaksująco spokojnie.

Szpital Świętego Bartłomieja odnalazłyśmy raz dwa, ale trzeba się było dobrze nachodzić, żeby znaleźć to jedno konkretne miejsce. To była świetna zabawa, po tropach, powoli, tu jakaś strzałka, tu jakaś mapka, a gdy zobaczyłyśmy budkę telefoniczną całą obklejoną karteczkami szerlokowymi, to już wiedziałyśmy, że jesteśmy na miejscu. Kolejny punkt na mapie zwiedzania zaliczony :)

Już późnym wieczorem, na ostatnich nogach powlokłyśmy się do Kensington Palace, żeby zrobić ostatnie zdjęcia przed wyjazdem. I tak minął nam czwartek.

W Muzeum Historii Naturalnej

Sekwoja

Miała 1335 lat

Podróż DLR do Greenwich

Katedra Św. Pawła

Nie ma świętości ;)

A w metrze pojawiły się sympatyczne plakaty :)

środa, 25 września 2013
Dzień trzeci

Jak będę dalej utrzymywać takie tempo, to skończę po Nowym Roku ;)

Pośpiech, pośpiech, wywiadówki, karate, urodziny kolegów, kartkówki, do których trzeba się przygotować, modlitwy, których trzeba nauczyć, bo Pierwsza Komunia za pasem... I wszystko tak pędzi, drogą na skróty, z wymuszaniem pierwszeństwa, wciskaniem się w rząd pędzących przed siebie. A przecież chciałoby się i książkę przeczytać, i film obejrzeć i pójść na spacer.

***

Środa. Środa przeplatana była poszukiwaniem miejsc z Sherlocka i dalszym zwiedzaniem miejsc z serii must-see. Upał zaczynał odpuszczać, poranki stały się chłodniejsze, ale i tak, po raz pierwszy od przylotu, postanowiłyśmy zrobić sobie przerwę zaraz po południu, żeby odpocząć, drzemnąć i nabrać sił. To był bardzo dobry pomysł! Co prawda przy podnoszeniu się z łóżek było słychać zgrzyty, stękania, jęki i chroboty, i to wcale nie dlatego, że miałyśmy złe łóżka!, ale i tak nic nie mogło nas zatrzymać.

Dzień zaczęłyśmy od The Tower i Tower Bridge. Po Tower przemknęłyśmy dość szybko, jak się człowiek napatrzy na zamki krzyżackie i ich zawartość (zbroje, kusze, armaty, sale tortur), to już w takim miejscu właściwie nic go nie zaskoczy. Miejsce oczywiście piękne, przy White Tower parking dla dziecięcych wózków! Kruki, beefeaterzy... Niestety nie miałyśmy okazji obejrzeć słynnej wystawy klejnotów koronacyjnych, kolejka nas przerosła. Ale przypadkiem trafiłyśmy na interesujące miejsce, zupełnie niepozorne z zewnątrz, właściwie wydaje się, że nic tam nie ma, jedynie łazienka. Obok było wejście do wieży, w której trzymano więźniów, często przez wiele lat... Zdumiewające, zachowane, wciąż bardzo wyraźne wyryte napisy na ścianach, graffiti stworzone przez ludzi, po których nie pozostał już nawet proch. Zauważyłyśmy przy okazji, że sporo rzeczy odkrywałyśmy właśnie tak, przypadkiem. I z każdym dniem takich przypadków było coraz więcej.

Na Tower Bridge gęba mi się uśmiechnęła, bo most jest przepiękny! Dzidu świadkiem, szłam, szłam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nie sądziłam, że można się tak cieszyć mostem i widokiem z tego mostu. Po jednej stronie Tower, po drugiej - nowoczesne nabrzeże ze szklanymi wieżowcami. Cudo, którego się nie zapomina.

Na obiad popędziłyśmy do baru znanego każdemu oddanemu fanowi Sherloka, do Speedy's. BYŁAM TAM, STAŁAM POD TYMI DRZWIAMI! A w barze nie mogłyśmy zjeść nic innego, jak fish and chips. Na szczęście miejsce nie jest oblegane, można w spokoju zjeść i odpocząć, znowu nacieszyć się widokiem i własnym szczęściem, że stąpa się po tym samym chodniku, co ukochany aktor (ale skąd, wcale nie mam paranoi), a być może siedzi na tym samym krzesełku... ;)

Jeszcze tylko rzutem na taśmę Sherlock Holmes Museum (kolejka taka, że jej koniec był niedostrzegalny) i Sherlock Holmes Shop, w którym poza dvd, nie ma żadnej pamiątki związanej ze współczesnym Sherlockiem i sjesta.

Po południu udałyśmy się do Belgravii. I to już jest zupełnie inny świat. Mniejszy ruch, życie płynie jakby spokojniej, to dzielnica drogich apartamentów, ambasad i wypasionych bryk co parę metrów. Zamiast placu zabaw, ogrodzone parki, dokładnie obsadzone po brzegach gęstymi krzakami gwarantującymi spokój od ciekawskich oczu, w środku korty tenisowe, fontanny. Nawet chyba mówiłyśmy odruchowo ściszonym głosem, no bo jakoś tak, wypadało. W Belgravii trzeba było odhaczyć dom Irene Adler, przy okazji odnalazłyśmy miejsce, które nas uchachało - Eccleson Street! (Christopher Eccleston, Dziewiąty Doktor!)

Gdy już tak nawdychałyśmy się ekskluzywnego powietrza, ruszyłyśmy spacerkiem do Trafalgar Square i nie napiszę chyba nic nowego, że jest tam jak? pięknie! Każdy wolny kawałek trawnika zajęty odpoczywającymi ludźmi, tak samo każdy kawałek murka, schodka, ale nie lwa. Na lwy nie można wchodzić! Strażnicy pilnują i zganiają nieposłusznych. Mimo, że ludzi było sporo, to jest to też ogromna przestrzeń, w której można zwolnić, pospacerować, zatrzymać się. Pod National Gallery masażysta może wymasować wam plecy :)

Miałyśmy jeszcze trochę czasu, więc znowu spacerkiem (a mój kręgosłup i Dzidczane stopy wołały o pomoc) ruszyłyśmy na ponowne spotkanie z Big Benem. Siedziba brytyjskiego premiera przy Downing Street mnie zaskoczyła, bo wygląda inaczej, niż się ją powszechnie przedstawia.  Wydaje się, że są to po prostu drzwi do kamienicy, do których można wejść prosto z chodnika, co jest oczywiście nielogiczne. Ale nigdy się po prostu nad tym nie zastanawiałam. Siedziba premiera i owe drzwi są dobrze strzeżone i praktycznie niewidoczne dla przechodniów, bo za grubą bramą i jakby w środku podwórka. A przed bramą całe mnóstwo policjantów. Ale natknęłyśmy się na fajną scenkę, gdy już obfociłyśmy miejsce z każdej strony. Do jednego z policjantów stojącego przy płotku, bo przed bramą są jeszcze takie dodatkowe odgrodzenia, podszedł chłopiec z mamą, żeby zadać kilka pytań. A policjant, cierpliwie i z uśmiechem wszystko mu tłumaczył. Rękę miał ten policjant jak moje dwie nogi i myślę, że pstryknięciem palców spokojnie mógłby skręcić mi kark. Dlatego tym bardziej niezwykły i sympatyczny był to widok.

Pod Big Benem Dzidu stwierdziła, że dalej nie idzie, ja też już ledwo powłóczyłam nogami, ale chciałam wykorzystać dobre światło, żeby porobić zdjęcia, zwłaszcza z Westminster Bridge. Ostatkiem sił dowlokłyśmy się do naszych łóżek, błogosławiąc FudzŁajnem za gotowe kanapki i napoje :)

White Tower

Widok na Tower z Tower Bridge

Tower Bridge

W Speedy's Dzidu obmyśla dalszą marszrutę :)

Te drzwi zagrały 221 Baker Street :)

A te są prawdziwe

Dom Irene Adler w Belgravii

 

Stara stacja metra

Trafalgar Square

Z londyńską taksówką (a drugie mam z dwupiętrowcem :) )

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 131